Przejdź do treści

Niepełnosprawność po wypadku — jak wrócić do normalności?

Niepełnosprawność po wypadku — jak wrócić do normalności?

Rozmowa z Pawłem — o jednej sekundzie, która zmieniła wszystko, i o tym, jak człowiek uczy się żyć z tym, z czym pogodzić się nie może

Wyciągali go z wody inni. Miał dziewiętnaście lat, letnie popołudnie, grilla z przyjaciółmi i jeden pomysł za dużo. Jeden skok do jeziora — i wszystko, co było przed, skończyło się w ciszy pod powierzchnią wody. Uraz rdzenia kręgowego. Wózek inwalidzki. Nowe życie, którego nikt nie wybiera.

A jednak Paweł je wybrał. Nie tamtego dnia — tamtego dnia nie było wyboru. Ale każdego dnia potem: wstać, pojechać do pracy, zrobić prawo jazdy, kupić samochód, pojechać do siostry w Warszawie, wrócić. Żyć.

Jest taka woda, przy której lubi teraz siadać z wędką. Cicho, bez pośpiechu. Mówi, że nieważne, czy coś złapie — liczy się ten moment ciszy. Woda go uspokaja. Ta sama woda, przy której wszystko się zaczęło — i przy której dziś, po latach, uczy się żyć z tym, z czym pogodzić się nie może.

To jest jego historia. I historia tysięcy osób w Polsce, które każdego roku stają przed tym samym wyborem: zamknąć się — albo wrócić nad wodę.

— Pamiętasz ten dzień?

— Tak. To była spontaniczna decyzja. Grill, znajomi, zabawa — i pomysł, żeby podjechać nad jezioro popływać. Zaczął padać deszcz, zaczęliśmy się zbierać do domu. Powiedziałem tylko, że jeszcze raz skoczę do wody. Skończyło się tak, że wyciągali mnie z niej inni. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. To był mój ostatni skok.

— W jednej chwili wszystko się posypało.

— Dokładnie. Człowiek jest młody, zdrowy, ma plany, znajomych, swoje życie. Nagle wszystko się wali. Musisz nauczyć się funkcjonować od nowa. Wtedy właśnie kończyłem szkołę i miałem iść dalej swoją drogą — zamiast tego były rehabilitacja, szpitale i walka o sprawność.

— Jak odnalazłeś się w nowej rzeczywistości?

— Nie powiem, że było łatwo. Były momenty, kiedy miałem wszystkiego serdecznie dość i nic mi się nie chciało. I to chyba normalne w takiej sytuacji. Człowiek musi sobie wszystko w głowie poukładać. Ja też musiałem — i nie powiem, że całkowicie pogodziłem się z tym, co się stało. Po prostu życie zmusiło mnie do tego, żeby się przystosować.

— Miałeś wtedy kogoś bliskiego obok?

— Tak. Byłem wtedy w związku i byliśmy razem jeszcze przez wiele lat. Ostatecznie rozstaliśmy się po prawie dziesięciu latach — ale nie przez niepełnosprawność. Po prostu z czasem przestaliśmy się dogadywać.

— Co pomagało Ci przetrwać najtrudniejsze momenty?

— Na pewno zajęcie czymś głowy. Był taki czas, że oglądałem bardzo dużo filmów. Lubię też wędkowanie. Dla niektórych to może być nudne, ale dla mnie siedzenie z wędką nad wodą to spokój i wyciszenie. Nieważne, czy coś złapię — liczy się ten moment ciszy.

— Mimo wszystkich ograniczeń jesteś bardzo samodzielny.

— Staram się. Pracowałem, odkładałem pieniądze, zrobiłem prawo jazdy i kupiłem samochód. Do dziś jeżdżę sam — czasem do Warszawy, bo mieszka tam moja siostra. Najtrudniejsze jest wsiadanie i wysiadanie z auta, bo wtedy potrzebuję pomocy. Ale kiedy już jestem za kierownicą, czuję dużą niezależność.

— Praca jest dla Ciebie ważna?

— Bardzo. Pracuję już piętnaście lat i szczerze — nie wyobrażam sobie nie pracować. Człowiek wtedy czuje się potrzebny, czuje, że coś robi, że ma swoje miejsce. Praca daje nie tylko pieniądze, ale też poczucie wartości i normalności. Gdybym nie pracował, pewnie nigdy nie zrobiłbym prawa jazdy, nie kupił samochodu i nie miał możliwości funkcjonować tak jak teraz. To wszystko się ze sobą łączy.

— Co powiedziałbyś komuś, kto po wypadku lub chorobie traci wiarę w siebie?

— Że nie można się poddać. Nawet jeśli są momenty totalnego dołu i człowiekowi nic się nie chce — trzeba próbować działać dalej, krok po kroku. Najważniejsze to mieć silną psychikę i ludzi wokół siebie, którzy wspierają. Bo jeśli człowiek zamknie się całkowicie w domu i zrezygnuje z życia, bardzo łatwo wpaść w jeszcze większy dół. A każdy ma prawo do normalności, do pracy, do pasji i do tego, żeby czuć się potrzebnym.

Co roku kilkaset osób w Polsce doznaje urazu rdzenia kręgowego. Większość z nich to młodzi ludzie — tacy jak Paweł w chwili wypadku. Pełni planów, energii, przekonania, że życie jest czymś, co po prostu toczy się do przodu. A potem jedna sekunda. Jeden skok. I wszystko, co było pewne, przestaje być pewne.

Nauka życia z niepełnosprawnością ruchową to nie jest jednorazowy kurs. To proces, który trwa latami, dotyka każdej sfery codzienności i wymaga czegoś, czego żaden system nie jest w stanie zapewnić: wewnętrznej decyzji, żeby nie rezygnować.

Paweł tę decyzję podjął. Nie od razu, nie bez bólu, nie bez momentów, kiedy miał wszystkiego dość. Ale podjął. I zbudował coś trwałego — piętnaście lat pracy zawodowej, samochód z ręcznym sterowaniem, prawo jazdy, drogę do siostry w Warszawie i ciszę nad wodą z wędką w ręku. Małe rzeczy, które dla kogoś z zewnątrz mogą wyglądać zwyczajnie. Dla kogoś, kto budował je od zera — po wypadku, po rehabilitacji, wbrew barierom architektonicznym i społecznym — są dowodem na coś bardzo konkretnego: że powrót do samodzielnego życia po urazie rdzenia kręgowego jest możliwy.

Nie łatwy. Nie bez strat. Nie bez dni, kiedy ciężar jest większy niż cokolwiek, co można opisać słowami. Ale możliwy — z pasjami, z bliskimi ludźmi, z momentami ciszy, które smakują jak spokój, nie jak rezygnacja.

Dla wszystkich, którzy są dziś na początku tej drogi — dla osób uczących się życia na wózku po wypadku, dla rodzin towarzyszących bliskim w rehabilitacji, dla każdego, kogo dotknęła ta jedna sekunda dzieląca życie na przed i po — historia Pawła jest czymś więcej niż inspiracją. Jest dowodem. Że akceptacja niepełnosprawności nie oznacza poddania się. Że można nie pogodzić się z tym, co się stało, i jednocześnie żyć pełniej, niż ktokolwiek z zewnątrz mógłby się spodziewać.

Paweł mówi, że nie pogodził się. I może właśnie w tym tkwi jego największa siła — że wciąż wraca nad tę samą wodę. Nie po to, żeby zapomnieć. Nie po to, żeby rozliczyć się z przeszłością. Po to, żeby siedzieć w ciszy, trzymać wędkę i czuć, że to życie — mimo wszystko, wbrew wszystkiemu — jest jego.